mm

Geneza oddziału

Wiosną 1943 rozmowy Inspektora Sandomierskiego Antoniego Żółkiewskiego "Lin" w sprawie podporządkowania sobie oddziału partyzanckiego "Jędrusie" znalazły się w impasie. Chcąc posiadać własny oddział leśny na terenie Obwodu Sandomierz Inspektor zlecił, na początku lipca, jego utworzenie Komendantowi Obwodu.

Tadeusz Jakubson, dziedzic dóbr Faliszowice. Rok 1939

     Zdecydowano, że zalążek oddziału powstanie na terenie Placówki Łoniów, która wykazywała się dużą aktywnością drużyny dywersyjnej oraz sporą ilością osób o wstępnym przeszkoleniu bojowym. Rozkaz o utworzeniu oddziału otrzymał zresztą dowódca drużyny dywersyjnej z Placówki Łoniów plutonowy Stefan Franaszczuk "Tarzan".

     14 lipca 1943 roku w dworze w Faliszowicach nastąpiła pierwsza zbiórka żołnierzy delegowanych przez Inspektorat, Obwód i Placówkę do oddziału. Pod dowództwem "Tarzana" stanęli: Arkadiusz Świercz "Iskra" i Włodzimierz Gruszczyński "Jach" obaj z Kielc, Marian Mazgaj "Kozak" z Jezior oraz Jan Osmelak "Straceniec", Henryk Dudek "Śmigły", Kazimierz Stobiński "Piorun", cała trójka z Łoniowa.

Pierwsza akcja - 14 lipca 1943 r.

Już tego samego dnia, po południu, ten siedmioosobowy zalążek oddziału przeprowadził swoją pierwszą akcję bojową, którą miało być rozbrojenie grupy granatowych policjantów.

     Zgodnie z informacjami wywiadu mieli oni przejeżdżać niedaleko od miejsca koncentracji oddziału. "Tarzan" na miejsce zasadzki wybrał zarośnięte krzakami miejsce przy drodze z Faliszowic do Janowic. Po dotarciu na miejsce ustalono podział zadań. "Kozak" został wysłany na czujkę. Oczekiwanie przedłużało się, aż wreszcie na drodze pojawiły się dwie furmanki wiozące ośmiu policjantów.

     Kiedy wozy znalazły się na wysokości zasadzki partyzanci wybiegli z ukrycia. Największe wrażenie na zatrzymanych zrobił jednak "Tarzan" uzbrojony w pistolet maszynowy. Policjanci bez oporu oddali osiem karabinów. Zostali też pozbawieni ładownic i bagnetów. Jeden z nich, gdy nie słyszeli tego pozostali, poprosił o pobicie aby mieć świadectwo przed Niemcami, że "walczyli". Partyzanci ochoczo zabrali się do prośby co spowodowało ucieczkę rozbrojonych.

     Po akcji oddział udał się do Janowic gdzie oczekiwali następni żołnierze skierowani do niego. Byli to: Antoni Gaj "Cap" z Przykopu (Obwód Mielec), Jan Szpakiewicz "Picolo", Edward Stawiarz "Sęp" z Komornej i nieznany z nazwiska "Żbik" z Wilczyc. Do oddziału zgłosił się także Bolesław Szeląg "Błyskawica" z Wielogóry, który przybył w ułańskiej rogatywce i pod szablą. Po rozmowie z "Tarzanem" został przyjęty do oddziału, ale wcześniej musiał pozbyć się kawaleryjskich akcesoriów i przebrać w cywilne ubranie.

Kwatera w Beszycach i podział na drużyny

Wobec planowanego rozrostu liczbowego oddziału potrzebna była dla niego bezpieczna kwatera gdzie można było prowadzić szkolenie młodych stażem partyzantów. Wybór padł na resztówkę folwarku w Beszycach Dolnych. 

Stefan Franaszczuk "Tarzan"

     Pierwszą kwaterą oddziału były budynki resztówki folwarku w Beszycach Dolnych. Jej dotychczasowy właściciel, żyd Hela, podzielił już zapewne los swoich pobratymców, a zabudowania wraz z ziemią dzierżawił wysiedlony z Katowic inżynier Stanisław Zarzycki z żoną Zofią i dziećmi. Na potrzeby oddziału oddali oni jedną z izb. Kwatera, leżąca w pewnym oddaleniu od wsi, doskonale nadawała się na miejsce pobytu oddziału tym bardziej, że niedaleko znajdował się las.

     Dowodzący oddziałem "Tarzan" od początku wprowadził w nim wojskowy rygor. Na noc wystawiano warty, dzień zaczynał się od zbiórki na zakończenie której śpiewano "Kiedy Ranne Wstają Zorze" ( w późniejszym okresie zastąpiono ją "Modlitwą Obozową"). Oddział prowadził także zajęcia z musztry i z teorii prowadzenia działań.

     Do oddziału dołączali w tym czasie kolejni żołnierze: pchor. Stanisław Podolecki "Ryś" - sierżant policji granatowej Leon Siatrak "Orzeł", Stanisław Klusek "Jastrząb", plutonowy Kazimierz Jarzyna "Sokół" oraz kapral Stanisław Zarzycki "Czarny". Posiadając odpowiednie przeszkolenie wojskowe stali się oni niejako kadrą oddziału, a do czasu jego ukształtowania zajmowali się szkoleniem nowych żołnierzy których przybywało coraz więcej.

     W oddziale stawili się wtedy: Kazimierz Krobath "Niedźwiedź", Romuald Nowakowski "Mściciel", Henryk Zarzycki "Grab", Jerzy Staszewski "Murzyn", Czesław Kwaka  "Zboże", Zdzisław Faraon "Ramzes", Mieczysław Granek "Szpak", Stanisław Duma "Topola" oraz nieznani z nazwiska: "Fregata", "Grom", "Krab" i "Pantera".

     Kiedy oddział osiągnął stan 22 ludzi dokonano pierwszego podziału funkcji. Szefem oddziału (nie miał formalnej nominacji) był "Tarzan". Kwatermistrzem został Leon Siatrak "Orzeł". Pozostałych żołnierzy podzielono na trzy drużyny na czele których stanęli:

I - Stanisław Podolecki "Ryś",

II - Kazimierz Jarzyna "Sokół",

III - Stanisław Zarzycki "Czarny".

Szkolenie i kwatera w Skwirzowej

Rozrost oddziału sprawił, że dotychczasowa kwatera była niewystarczająca. Z tego powodu dwie drużyny zostały przekwaterowane do innego miejsca. Ubezpieczając się nawzajem prowadzono intensywne szkolenie.

     Drużyny „Sokoła” i „Czarnego” zakwaterowane w resztówce majątku Skwirzowa. Znajdował się on w oddaleniu ok. 700-800 metrów od dotychczasowej kwatery. Właścicielem był Mieczysław Kosterski z żoną, którzy od tej pory, aż do czerwca 1944 roku. Wtedy, po opuszczeniu kwater przez Lotną, Skwirzowa została najechana przez Niemców. Czujni właściciele zdołali uciec, ale stracili cały majątek. Obie kwatery nawzajem się ubezpieczały i założenia miały być stałą bazą oddziału.

Mieczysław Kosterski, właściciel gospodarstwa w Skwirzowej

     Po ukształtowaniu organizacyjnym oddziału nastąpił okres jeszcze bardziej intensywnego szkolenia. Na jego inaugurację do oddziału przyjechali: kapitan Tadeusz Struś "Kaktus" oraz podporucznik Jerzy Gutowski "Topór". Zajmowali się oni szkoleniem jedynie podczas wizyt w oddziale. W pozostałym czasie szkoleniem żołnierzy zajmowali się podoficerowie z oddziału.

     W początkowym okresie uzbrojenie było słabe. Jeden pistolet maszynowy, broń krótka i osiem zdobycznych karabinów. W późniejszym czasie oddział został wyposażony w ręczny karabin maszynowy "Browning"wz.28 i dwa pistolety maszynowe, kilka karabinów oraz pistoletów. Uzbrojenia dopełniały polskie granaty obronne - po dwa na żołnierza. W oddziale obowiązywała zasada: kto nie posiadł karabinu otrzymywał pistolet.

     Zdarzały sie przypadki, że broń przynosili ze sobą sami żołnierze, jak: Stanisław Duma "Topola" czy Janusz Szczerbatko "Zygfryd". Już w późniejszym czasie do oddziału jako ochotnik chciał się dostać 16-letni chłopiec z Bodzechowa koła Ostrowca Świętokrzyskiego, który jako "wkupne" przyniósł dwa pistolety MP40 ukradzione Niemcom. Ze względu na młody wiek nie został przyjęty do oddziału, ale pistolety zasiliły szeregi Lotnej.

     Coraz więcej broni trafiało jednak do oddziału w wyniku akcji przeciwko Niemcom. "Straceniec" wraz z "Kozakiem" otrzymali rozkaz przeprowadzenia akcji należytego odnoszenia się do polskich robotników. Jej obiektem był kierownik firmy budowlanej Oemmler. Partyzanci dopadli go w lesie zawidzkim gdzie, ku uciesze robotników otrzymał kilka kopniaków. Należy przyznać, ze od tego momentu zachowanie Niemca zmieniło się na lepsze. Podczas tej akcji oddział wzbogacił się także o pistolet który miał Niemiec.

Dowódca: „Kaktus” i dowódca „Tarzan”

Od poczętku istnienia problemem było dowódżtwo oddziału. Nawet formalne powołanie na ta funkcję "Kaktusa" nie rozwiązało problemu. 

Tadeusz Struś "Kaktus", jesień 1944 r.

     Formalnie od chwili utworzenia oddział nie posiadał dowódcy. Funkcję tą pełnił "Tarzan", ale był on jednocześnie dowódcą  dywersji w Placówce Łoniów. Prawdopodobnie na przełomie lipca i sierpnia Inspektor "Lin" dowódcą oddziału mianował Komendanta Kedywu Inspektoratu kpt. Tadeusza Strusia "Kaktus". Gwoli prawdy oficer mający wiele obowiązków nie mógł przebywać na stałe w oddziale. Był m.in. oficerem łącznikowym z oddziałem "Jędrucie" oraz prowadził tam kurs szkoły podchorążych. 

     Z tego też powodu 12 sierpnia 1943 roku Inspektor "Lin" mianował pełniącym obowiązki dowódcy oddziału plutonowego Stefana Franaszka "Tarzan".

     Niejasny jest status oddziału. W niektórych publikacjach podawana jest informacja, że był on od samego początku podporządkowany Inspektoratowi Sandomierz. Wydaje się to mało prawdopodobne. Bliższa prawdy jest zapewne teza, że oddział formalnie podlegał Komendantowi Obwodu Sandomierz, ale ze względu na problem z obsadzeniem stanowisk w obwodzie (brak odpowiednich osób) nadzór nad nim sprawował właśnie Inspektor "Lin", a oficerowie inspektoratu pomagali w szkoleniu.

Przemarsze i kwatery

Uformowany już organizacyjnie oddział coraz częściej zaczął opuszczać swoją stałą bazę patrolując teren.  W ten sposób oddział nawiązywał nowe kontakty w terenie zdobywając z biegiem czasu coraz większe zaufanie mieszkańców.

Dwór w Jachimowicach podczas okupacji

     Bez przesady można powiedzieć, że w niektórych miejscowościach i dworach witano żołnierzy z otwartymi rękami. Dotyczyło to oczywiście miejsc leżących na uboczu od głównych szlaków komunikacyjnych, co dawało oddziałowi namiastkę bezpieczeństwa.

     W pamięci żołnierzy pozostały niektóre z nich: majątek Krystyny Karskiej "Emilia" w Górkach Klimontowskich, majątek Bronikowskich w Jachimowicach, majątek pani Niwińskiej w Niedźwicach, panie Irena i Kazimiera Kowalskie w Kolonii Wiązownica.

     Na przełomie września i października, po zakończeniu formowania i szkolenia oddziału przystąpił on do kolejnych działań, które polegały na zwalczaniu bandytyzmu. Jednym z takich zadań była ochrona lasów przed grabieżą. Oddział działania takie prowadził w lasach staszowskich w obrębie leśnictwa Czajków. Patrole oddziału zatrzymywały na skraju lasów złodziei. Wszystkim, niezależnie od ilości ukradzionego drzewa wymierzano taką samą karę - chłosta do pierwszego omdlenia. Dodatkowo listy złodziei trafiały do lokalnych struktur oraz nakazywano im wpłacać po 500 zł kary na cele organizacji.

Partyzancka szkoła

Na przełomie września i października, po zakończeniu formowania i szkolenia oddziału, przystąpił on do kolejnych działań, które polegały na zwalczaniu bandytyzmu. Była to swoista partyzancka szkoła, która miała dać niezbędne do kolejnych działań obycie.

     Jednym z takich zadań była ochrona lasów przed grabieżą. Oddział działania takie prowadził w lasach staszowskich w obrębie leśnictwa Czajków. Patrole oddziału zatrzymywały na skraju lasów złodziei. Wszystkim, niezależnie od ilości ukradzionego drzewa wymierzano taką samą karę - chłosta do pierwszego omdlenia. Dodatkowo listy złodziei trafiały do lokalnych struktur oraz nakazywano im wpłacać po 500 zł kary na cele Polskiego Państwa Podziemnego.

     Drugim zadaniem była ochrona przed działalnością zwykłych bandytów. Kwaterująca w Beszycach pierwsza drużyna została poinformowana, że chłopi i dwór w Dmosicach są celem bandyckiego napadu. Łącznik poinformował też „Tarzana” z jakiego kierunku przyszli bandyci. Informacje te pozwoliły zorganizował zasadzkę w Niedźwicach, którą osobiście dowodził „Tarzan” Pierwsza drużyna (dowódca Stanisław Podolecki "Ryś"), przeprowadziła akcję rozbrajając 11 młodych ludzi, którzy byli amatorami łatwego zarobku. Bandytom zabrano kilka karabinów i pistoletów, a gdy okazało się, że są członkami jednej z miejscowych placówek Batalionów Chłopskich ukarano ich karą chłosty. Każdy z nich dostał 10 bykowców w ….. Skradzione rzeczy zwrócono właścicielom.

     W pamięć partyzantów zapadła także prawdopodobnie pierwsza egzekucja jaką zlecono żołnierzom. Sprawa dotyczyła zwykłego bandyty, którym był Stanisław  Cieniek z Antoniówki-Jezior koło Sulisławic. Za swój proceder był już trzykrotnie upominany, ale gdy nie przyniosło to efektu sąd podziemny skazał go na karę śmierci.

     Pojmał go partyzancki patrol Lotnej, ale podczas prowadzenia zatrzymanego w ustronne miejsce udało mu się uciec. Strzelano za nim, jednak bez efektu. Niezależnie od niepowodzenia akcji. bandycki proceder został ukrócony. Cieniek powrócił na złą ścieżkę w latach 1944-46 gdy najpierw wstąpił do Milicji Obywatelskiej, a następnie zdezerterował i utworzył bandę rozbójniczą.

Rozbrojenie w Sandomierzu - 12 listopada 1943 r.

Pierwsza poważna akcja miała miejsce w Sandomierzu, a przygotował ją i osobiście dowodził Tadeusz Struś „Kaktus”.

11 listopada w nocy wytypowani do akcji żołnierze, 12 osób, dotarli do wsi Pieprzówki – na skraju Sandomierza, gdzie zakwaterowano w dwóch odosobnionych domach. Tam też miała miejsce (tuż przed wymarszem) odprawa z „Kaktusem” który przedstawił plan. Celem akcji był budynek przy ulicy Mickiewicza 18 w Sandomierzu gdzie mieściły się komenda i koszary Policji Kolejowej oraz obsługa naziemnej nawigacji lotniczej. W odległości około czterystu metrów od miejsca akcji znajdowały się koszary wojskowe, z drugiej strony, w podobnej odległości żandarmeria.

     Oddział wyruszył pod osłoną ciemności wczesnego wieczoru, szarugi i mgły, nie napotykając po  drodze żywej duszy. Jedno ubezpieczenie, od strony koszar stanowili Siatrak Leon "Orzeł" i Szpakiewicz Jan "Picolo" z erkaemem. Drugie, od strony Bramy Opatowskiej stanowisko zajmowali Mazgaj Marian "Kozak i Stawiarz Edward "Sęp" z karabinami powtarzalnymi.

Siatrak Leon "Orzeł"

     Akcja rozpoczęła się o godzinie 19–tej gdy Niemcy siadali do kolacji. Ubrany w mundur Policji Ochrony Kolei Świercz Arkadiusz "Iskra" idąc zamaszystym krokiem pozdrowił wartownika przed budynkiem, a wyminąwszy go wykonał nagły zwrot i przystawiwszy do pleców pistolet, wezwał po niemiecku: – Ręce do góry! Kiedy „Iskra” rozbrajał wartownika kapitan „Kaktus”,  Dudek Henryk "Śmigły" oraz Włodzimierz Gruszczyński „Jach” weszli do budynku. Skierowali się do jadalni, gdzie przy stolikach oczekiwało na podanie kolacji blisko trzydziestu Niemców, w tym trzy kobiety. Wszyscy oni, zaskoczeni, powstali na wezwanie i podnieśli ręce do góry. Znający niemiecki „Jach” ustawił zaskoczonych pod ścianami, opartych o nie rękami, a następnie partyzanci przeprowadzili rewizję zabierając kilka pistoletów. Po chwili „Śmigły” sprowadził też rozbrojonego wartownika, którego również ustawiono pod ścianą.

     Po rewizji „Kaktus” i „Śmigły” poszli na piętro wspomagać pozostałych partyzantów, a jeńcy pozostali pod „opieką” „Jacha”. Ten nakazał jednemu z rozbrojonych rozebrać się z munduru i sam założył jego ubranie. Podobnie zrobił „Iskra”, który przyprowadził rozbrojonego przed budynkiem kolejnego Niemca. Na czas przebierania obaj zamienili się stanowiskami.

     Pozostali partyzanci zajęli oba piętra budynku, zachowując początkowo nakazaną planem działania ciszę. Znajdujące się na pierwszym piętrze sypialnie zostały dokładnie spenetrowane w poszukiwaniu broni.

     W pewnej chwili pojawiła się na drugim piętrze kobieta, Polka, niosąca na tacy kolację. Zapytana przez „Straceńca” powiedziała, że niesie kolację lotnikom obsługującym radiostację. Od razu dodała od siebie domyślnie, że pokój jest zamknięty od wewnątrz.

     Teraz więc już tylko wykonała polecenie partyzanta – zapukała do drzwi i oznajmiła Niemcom przyniesienie posiłku. Kiedy otworzyli drzwi „Błyskawica” i „Straceniec” wpadli do pokoju, gdzie zastali dwóch żołnierzy rozebranych do podkoszulków.  Jeden z lotników zdębiał do tego stopnia, że stał z otwartymi ustami i opuszczonymi rękami. Toteż „Straceniec” musiał strzelić mu koło ucha, aby oprzytomniał i podniósł ręce do góry.

Świercz Arkadiusz "Iskra"

     Radiostacja została zniszczona, aparat telefoniczny odcięty, polową łącznicę zabrano, a także zarekwirowano trzy pistolety, w tym jedno „parabellum” szturmowe i dwa pistolety maszynowe „bergmany”, i na dodatek trzy pary butów. Obaj Niemcy wraz z Polką zostali uprzedzeni, że pod karą śmierci nie wolno im wszczynać alarmu przez pół godziny, poczym zamknięto ich od zewnątrz.

     Na pierwszym piętrze natomiast, z chwilą gdy po wystrzale „Straceńca” przestał obowiązywać nakaz zachowania ciszy, partyzanci zabrali się do rozbijania toporkami z urządzeń przeciwpożarowych szafek znajdujących się na korytarzu. Ten hałas słyszał prawdopodobnie wchodzący do budynku oficer rozbrojony przez „Iskrę” (pytał o hałas). W szafach na korytarzu i w sy­pialniach znaleziono jeszcze pięć karabinów, wiele amunicji do nich i do pistoletów, mundury policji ochrony kolei, obuwie, ciepłe skarpety, bieliznę osobistą, swetry i ręczniki a także trzydzieści wojskowych plecaków.

     Po odebraniu meldunków o wykonaniu zadań, kapitan „Kaktus” dał rozkaz opuszczenia budynku. Niemcom w jadalni zapowiedziano, że przez dwadzieścia minut nie wolno im urządzać alarmu.

     Oddział zaś, obładowany zdobyczą wojenną do ostatnich granic, ustawił się przed budynkiem w szyku i po sprawdzenia stanu ilościowego ruszył w bardzo teraz gęstej mgle szosą opatowską, aby zaraz po minięciu parku i wądołu zwanego Piszczelami skręcić ku wsi Polanów. Po drodze natrafiono na odbywający ćwiczenia oddział niemiecki, który używał rakiet świetlnych. Wyminięto go przez pola. Niedługo później partyzanci usłyszeli warkot samochodów na szosie i strzelaninę. To pościg strzelał na oślep chcąc udowodnić, że dogonił „bandytów”.

     Oddział dotarł do wsi Złota, skąd podwodami wziętymi z majątku pojechał przez Samborzec do Śmiechowic. Tu, na nieobsadzonym przez niemiecką załogę folwarku, partyzanci spędziliśmy dzień. Ze względu na bliskość Samborca, gdzie w zabudowaniach przykościelnych stacjonował przejściowo oddział SS, a we wsi 36–osobowa grupa ozdrowieńców, „Tarzan” nakazał silne ubezpieczenie. Najbliższej nocy żołnierze dotarli do melin głównych w Beszycach i Skwirzowej.

     Dzięki dobremu rozpoznaniu akcję przeprowadzono bez strat własnych. Rozbrojono około 30 Niemców zdobywając wiele broni, mundurów i oporządzenia. 

Akcje porządkowe

Dowództwo nie pozwoliło bezczynnie siedzieć partyzantom. W oczekiwaniu na kolejna akcję nakazano powrót do działań porządkowych, a tym razem ich miejscem był Sandomierz i Koprzywnica.

SANDOMIERZ

    Osmelak Jan "Straceniec" i Gruszczyński Włodzimierz "Jach" otrzymali zadanie upomnienia folksdojcza z Sandomierza (prawdopodobnie Kaczmarski). Piastował on jakieś znaczące stanowisko, ale swoim zachowaniem przynosił polakom wiele szkód. Mieszkał w Sandomierzu, w Rynku, blisko wylotu ulicy Mariackiej, niedaleko od posterunku żandarmerii. Mimo to partyzanci odwiedzili go w domu i wytłumaczyli, że jego zachowanie jest złe. Domagali się zmiany postępowania, a w przypadku niezastosowania zaznaczyli, że może go czekać surowsza kara. Późniejsze dane wywiadu potwierdziły poprawę zachowania.

KOPRZYWNICA

     Partyzancki patrol odwiedził też Koprzywnicę, a jego celem było ostrzyżenie czterech kobiet z miasteczka które utrzymywały zbyt bliskie kontakty z Niemcami. W akcji wzięli udział: Szczerbatko Janusz „Zygfryd”, Giecewicz Kazimierz „Mat” oraz znający doskonale Koprzywnicę Stachurski Aleksander „Olek” i NN „Wrona”. Tak się złożyło, że zadanie trzeba było wykonać w nocy, a to ze względu na posterunek policji granatowej. Około północy czterej chłopcy zajechali głośno turkocącą po bruku miasteczka bryczką na rynek. Sprowadzili tam cztery kobiety co do zachowania których były zarzuty, a strażakowi pełniącemu wartę nakazali bić na alarm. Kobiety zostały publicznie ostrzyżone, a przyglądała się temu spora grupa mieszkańców (przybiegli na dźwięk alarmu), którzy zostali poinformowani aby nie ważyli się samowolnie stosować jakieś inne kary.

Atak na most w Szczucinie – 19 listopada 1943 r.

W tydzień po rozbrojeniowej akcji w Sandomierzu, 19 listopada 1943 roku, „Lotna” przystąpiła do wykonania następnego zadania którego głównym celem było zdobycie broni, głównie maszynowej.

PLAN

Most w Szczucinie z widocznymi torami

     Celem akcji było rozbrojenie załogi ochrony mostu drogowo-kolejkowego na Wiśle pod Szczucinem. Mostu strzegł wojskowy posterunek jednostki Wehrmachtu stacjonującej w oddalonym o trzy kilometry miasteczku. Sam posterunek przy moście liczył, według informacji na dobę przed akcją, 24 żołnierzy.

     Po obu stronach mostu stało po dwóch wartowników. Pozostali przebywali na wartowni, otoczonej niewysokim wałem ziemnym, przez który prowadziła furtka. Zamiar zdobycia wartowni – bunkra miał szansę powodzenia pod warunkiem pełnego zaskoczenia. Kapitan „Kaktus” opracował na podstawie dostarczonych przez wywiad danych odpowiedni plan działania.

DROGA - PIERWSZE PROBLEMY

Dzień przed planowanym terminem Tadeusz Struś „Kaktus” przyjechał do oddziału na kwaterę w Beszycach. Do akcji wyznaczono 18-tu żołnierzy, którzy zostali podzieleni na grupy działania. Każdemu przydzielono stosowną do roli broń. Wyznaczono też punkt zborny na wypadek rozbicia oddziału - była to wieś Ruszcza pod Połańcem.

     Dwiema furmankami, zarekwirowanymi na czas akcji w majątku Faliszowice, oddział wyruszył w drogę. Kapitan jechał wierzchem znacznie wyprzedzając oddział, spełniając przy okazji rolę szperacza. Partyzantami na furmankach dowodził w drodze „Tarzan”. Grupa udała się w kierunku stacji Łubnice leżącej na trasie kolejki wąskotorowej, biegnącej od strony Staszowa przez Szczucin w odległości 14 km od mostu na Wiśle. W pobliże Łubnic oddziałek przybył przed zmrokiem z zamiarem zatrzymania planowego pociągu. Furmanki i wierzchowca ukryto niedaleko w lesie, wśród gęstego podszycia leśnego. Do pilnowania taboru zostali wyznaczeni Świercz Arkadiusz "Iskra" i Giecewicz Kazimierz „Mat”.

     Pomimo, że nadszedł już czas przyjazdu pociągu, na który partyzanci mieli wsiąść, ten jednak nie nadjeżdżał. Kapitan dał więc rozkaz wymarszu w kierunku stacji Łubnice, gdzie oddział idąc po torach dotarł już po ciemku. Od zawiadowcy stacji dowiedziano się, że tego dnia rano dokonano napadu na pociąg kolejki z którego zabrano przewożony tytoń. To właśnie ten pociąg miał nadjechać wkrótce, choć jego czas rozkładowy minął już dobrych kilka godzin temu, ale zawiadowca zaznaczał, że nie jest to pewne.

     Dowódca zdając sobie sprawę, że sytuacja jest skomplikowana nakazał marsz do Szczucina ścieżką biegnącą wzdłuż toru. Po pewnym czasie dały się słyszeć odgłosy nadjeżdżającej kolejki. Idący w tylnej części pochodu partyzanci dawali światłami latarek znaki do zatrzymania się, lecz maszynista nie reagował. W ubezpieczeniu przednim szedł Gruszczyński Włodzimierz „Jach” i Osmelak Jan "Straceniec" i to oni byli ostatnimi którzy mogli zatrzymać pociąg. „Jach” stanąłem pomiędzy szynami i uniósłszy do góry trzymany oburącz karabin potrząsał nim. Uskoczył dopiero w ostatniej chwili , ale pozwoliło to aby maszynista zobaczył go w świetle reflektorów lokomotywy. Transport zatrzymał się.

     Zgodnie z planem na parowozie ulokowali się Jarzyna Kazimierz "Sokół", Siatrak Leon "Orzeł" i Szpakiewicz Jan "Picolo" – stanowiący obsługę lekkiego karabinu maszynowego. Pozostała część grupy, po sprawdzeniu czy w pociągu nie ma Niemców, rozlokowała się w dwóch pustych, pachnących tytoniem, wagonach. W pociągu jechało tylko kilka osób – szmuglerów z Krakowa.

PRZEBIEG AKCJI

Podczas jazdy „Straceniec” i „Jach” nałożyli na siebie bluzy i czapki niemieckich funkcjonariuszy kolei (zdobyte niedawno w Sandomierzu). Gdy pociąg dojeżdżał do mostu partyzanci przystąpili do realizacji ustalonych wcześniej zadań, nie zdając sobie sprawy, że w związku z napadem na pociąg jego obsada został zwiększona z 24–ech do 48–miu żołnierzy.

     Pierwsi do działania przystąpili „Jach” ze „Straceńcem”. Wyskoczyli z pociągu zanim ten dojechał do mostu i podeszli do dwóch niemieckich wartowników, których bez problemu rozbroili.  Następnie poprowadzili ich przed sobą w kierunku mostu. W ten sposób została wykonana wstępna część akcji.

     Tymczasem pociąg przejechał przez most i zatrzymał się naprzeciw wartowni gdzie rozgrywała się dalsza akcja. Z wagonu wyskoczyli dwaj partyzanci, także ubrani w niemieckie mundury kolejarskie. Niestety tu rozbrojenie nie poszło tak łatwo. Dwaj wartownicy zostali przez pociąg rozdzieleni, na skutek czego partyzanci złapali tylko jednego. Drugi natomiast, który z jakiegoś powodu nie znajdował się w chwili wjazdu pociągu obok swojego towarzysza, jak to bywało z reguły, zdołał zorientować się w sytuacji; pewnie słyszał jak pierwszy był rozbrajany. Ukrył się w ciemnościach.

     W tym czasie do akcji wkroczyli kolejni partyzanci. „Kaktus”, Szeląg Bolesław "Błyskawica" i Antoni Gaj „Cap” wpadli za furtkę, aby dostać się do jeszcze nie zaalarmowanej wartowni i tam sterroryzować załogę. Wówczas to właśnie ów nierozbrojony, a tkwiący gdzieś w ciemnościach wartownik rzucił między nich granat zaczepny. Granat ranił „Capa” wybijając mu oko, a „Kaktusa” ranił powierzchownie w czoło.

     Na odgłos wybuchu z wartowni-bunkra wybiegło kilku żołnierzy niemieckich. Dostali oni jednak natychmiast ogień z erkaemu „Orła” z lokomotywy. Partyzant strzelał w Niemców, którzy znajdowali się na jasno oświetlonym placyku. Nikt z nich nie zdołał powrócić do bunkra, gdyż trzech, czy czterech usiłujących to zrobić zastało już drzwi zaryglowane i padło przed nimi. Zaraz potem Niemcy otwarli ogień maszynowy z bunkra. Wymusiło to na obsłudze partyzanckiego karabinu maszynowego zmianę stanowiska – zeszli z lokomotywy na ziemię.  

     Sytuacja kusiła kontynuować natarcie, gdyż ogień obrońców w sposób widoczny słabł. W związku z tym Kazimierz Stobiński „Piorun” wykrzykiwał po niemiecku wezwanie do poddania się, co z kolei spowodowało chwilową przerwę w ostrzale ze strony Niemców. W międzyczasie trzej partyzanci, wspomagając się wzajemnie, wycofali się przed furtę. Tutaj „Kaktus” otarł zalane krwią oczy i zamienił kilka zdań z „Tarzanem”, a następnie dał rozkaz do odwrotu. Dowództwo przejął chwilowo „Tarzan”, gdyż „Kaktusowi” cieknąca obficie z czoła krew zalewała nieustannie oczy. Erkaem tymczasem, zmieniając pozycje, strzelał ciągle po bunkrze.

ODWRÓT

Wróćmy na chwilę do „Jacha” i „Straceńca”, którzy szli przez most, prowadząc przed sobą rozbrojonych wartowników, gdy usłyszeli pierwsze odgłosy walki zrozumieli, że rozwija się ona w nieoczekiwanym kierunku. Zastrzelili wartowników, strącili ich do Wisły i sami popędzili ku walczącym. Gdy dobiegli na dogodną odległość zaczęli strzelać w kierunku bunkra, ale po chwili usłyszeli rozkaz odwrotu.

     Razem z jeszcze jednym partyzantem osłaniali wycofujący się mostem oddział. Widząc nadjeżdżającą od strony Szczucina odsiecz wszyscy rozumieli, że akcja nie mogła być kontynuowana. Kiedy nadjeżdżające samochody zdawały się być już blisko, umilkł partyzanci erkaem, który dotychczas trzymał Niemców w szachu. Była najwyższa pora uchodzić. „Orzeł”, „Sokół” i „Picolo” nie mieli już możliwości dotarcia na drugą stronę mostu, który znalazł się już pod silnym ogniem.  

     W tym czasie główne partyzanckie siły wycofywały się przez most. W gęstniejącej z chwili na chwilę nadrzecznej mgle Niemcy początkowo strzelali dosyć niecelnie. Pomimo to kule trafiły (Stawiarz Edward "Sęp" i NN „Żbik”) raniąc ich w ramiona. Zaraz potem padł od postrzału „Błyskawica”. Miał przestrzelone płuco, a z zagrożonego miejsca wynieśli go „Jach” i  „Straceniec”. Szczęśliwie wszyscy dotarli do końca mostu, żołnierze zsunęli się z nasypu aby zejść z głównego pola ostrzału

     Na moście pozostał tylko Mazgaj Marian "Kozak”. Pełnił on w tej akcji dodatkowo funkcję sanitariusza. W związku z tym opuszczał pole walki jako ostatni, aby móc nieść pomoc w razie potrzeby. Oczekiwał na wycofanie się obsługi rkm nie zdając sobie sprawy, że odeszła ona drugim brzegiem Wisły. Kiedy zrozumiał, że Niemcy są już blisko i musi się wycofać dobiegł do połowy mostu gdy Niemcy zaczęli strzelać coraz dokładnej (wtedy został ranny w ucho). Uznał, że jedynym ratunkiem będzie skok do lodowatej wody. Gdy się w niej znalazł szybko stracił świadomość. Ocknął się na brzegu i wiedziony siłą życia dotarł do jakiejś chaty. Po odpoczynku poszedł do punktu zbornego w Ruszczy koło Połańca

     Trzyosobowa załoga karabinu maszynowego oddzieliła się w końcowej fazie walki w zawierusze strzelaniny, zgiełku i nieustannej zmianie stanowisk od reszty oddziałku. Nie mając już możliwości dotarcia na most, rozpoczęła odwrót na własną rękę. Wszyscy trzej poszli wzdłuż rzeki, po przeciwnym brzegu, aż natrafili w świetle dnia na przycumowaną do brzegu łódź. Zostali przewiezieni na drugi brzeg i także udało im się dostać do punktu zbornego.

     Co w tym czasie działo się z główną grupą? Zejściu z mostu partyzanci oddalili się na bezpieczną odległość gdzie „Kaktus” zarządził postój. Opatrzono rannych, a następnie dowódca rozdzielił zadania. W tym czasie dowódca wysłał także Stanisława Podoleckiego "Ryś", do taborów z rozkazem aby oczekiwali na przybycie oddziału w Ruszczy koło Połańca. Ostatecznie oddział ruszył w drogę i niedługo dotarł do wsi Kółko Żabieckie. Przekroczywszy drogę weszliśmy na napotkane obejście gospodarskie. Żołnierze odpoczywali, a dowództwo przekonało gospodarza aby ten udzielił im pomocy. Zaprzęgał on już konia gdy do wioski wjechały niemieckie samochody. Była to zapewne część obławy. Niemcy zatrzymali się na drodze nie zdając sobie sprawy, że partyzanci są tuz obok. Oddział musiał wycofać w pola. Przeżyto też chwile grozy gdy Niemcy zaczęli oświetlać teren rakietami. Na szczęście poranna mgła sprawiał, że widoczność była jeszcze mała. Dalszy marsz oddziału, w gęstej mgle sprawiał żołnierzom wiele kłopotów. Niektórzy wręcz pogubili się.

PUNKT ZBORCZY

Żołnierze łączyli się później przypadkowo po drodze zmierzając do punktu zborczego. Obsługa erkaemu dotarła tam najwcześniej. „Kozak” napotkał na drodze zagubionego także Kazimierza Stobińskiego „Pioruna”, a wkrótce, również przypadkiem, pod Połańcem dołączył zagubiony „Jach”. Cała trójka szczęśliwie dotarła do Ruszczy koło Połańca.

     Grupa zasadnicza po oderwaniu się od Niemców dotarła do jakiejś innej wioski. Tam wzięła podwody. Bardzo już osłabieni, „Cap” i „Błyskawica”, zostali ułożeni na wymoszczonych pierzynami wozach. Na punkcie zbornym została im udzielona pierwsza pomoc lekarska, poczym oddział własnymi już furami, które w porę przyprowadzili „Ryś”, „Iskra” i „Mat”, wszyscy udał się do majtku w Ruszczy koło Sulisławic (przypadkowa zbieżność, istnieją dwie miejscowości o tej nazwie Ruszcza koło Połańca i koło Sulisławic). Tutaj opatrzył rannych doktor Ejsmont z Koprzywnicy, a następnie „Błyskawica” i „Cap” zostali przewiezieni na meliny, gdzie przebywali pod opieką lekarzy.

PODSUMOWANIE

Akcja była nieudana bowiem nie osiągnięto głównego celu. Zdobyto jedynie 3 karabiny. Podczas walki straty niemieckie wyniosły około 10 zabitych i rannych. Po stronie polskiej ciężko rannych było dwóch żołnierzy, a trzej odnieśli lekkie obrażenia.

     W opowieściach miejscowej ludności skala niemieckich strat została jednak wyolbrzymiona. Podawano nawet, że zginęło 150 okupantów. Było to oczywiście nieprawdą, ale zapewne podnosiło na duchu społeczeństwo.

Nowy dowódca, nowe akcje

Z dniem 21 listopada 1943 roku podległy dotychczas inspektoratowi oddział został podporządkowany Obwodowi Sandomierz. Zapewne miało to związek z sygnalizowanym wcześniej faktem dużego obciążenia pracą konspiracyjną „Kaktusa”.

Dowództwo oddziału przejął podporucznik Witold Józefowski „Miś”, szef Kedywu Obwodu Sandomierz. Z chwilą przejścia pod komendę obwodu w budżecie „Lotnej” pojawiła się odpowiednia pozycja na utrzymanie grupy, ale że była ona niewielka nie wystarczała na zabezpieczenie najbardziej potrzebnych spraw dla oddziału. W związku z zaczynającą się zimą najbardziej palącą sprawą było uzupełnienie braków odzieży, obuwia i bielizny.

REKWIZYCJA NA STACJI W SANDOMIERZU

W celu zdobycia pieniędzy „Miś” zarządził wypad na kasę kolejową w Sandomierzu – Nadbrzeziu. Chodziło o zabranie z kasy osobowo-towarowej większej gotówki przed przekazaniem jej na pociąg relacji Rzeszów – Skarżysko-Kamienna. Możliwość takiej akcji rozpoznał na zlecenie „Misia” wywiad. Do akcji wyznaczono czterech ludzi: Włodzimierz Gruszczyński „Jach”, Świercz Arkadiusz "Iskra", Szczerbatko Janusz „Zygfryd”, Osmelak Jan "Straceniec Mazgaj Marian "Kozak" którzy dojechali na stację gdzie oczekiwał na nich Stanisław Duma „Topola”, pochodzący właśnie z prawobrzeżnego Sandomierza, Nadbrzezia, gdzie znajdowała się stacja.

     Partyzanci oczekiwali na akcję w jednym z niedostępnych dla wszystkich pomieszczeń, a przygotowania prowadzone były przez kolejarzy związanych z konspiracją. Na stacji przebywało wielu niemieckich funkcjonariuszy, ale skupieni byli oni na przygotowaniach do przyjęcia nadjeżdżającego pociągu.

     W odpowiedniej chwili wszyscy przeszli na wyznaczone pozycje. „Iskra” stanął przy okienku kasowym zastawiając swoimi szerokimi plecami dostęp i wgląd do wnętrza. „Zygfryd” stanął przy drzwiach wejściowych do kasy, a „Straceniec”, „Kozak” i „Jach” weszli do środka tuż za umówionym kolejarzem (członkiem AK) wtajemniczonym w plan akcji. Kolejarz ten posiadał prawo wstępu do pomieszczenia kasowego.

     Poza kasjerką znajdował się w pomieszczeniu stary emerytowany kolejarz, którego zadaniem było otwieranie i zamykanie drzwi, zgodnie z potrzebą i uprawnieniami. Po wejściu do kasy zasunięto  okienko kasowe. „Straceniec” sterroryzował na oczach kolejarzy kasjerkę: Krystyna Pankówna – zachowanie takie miało dać potem alibi na spodziewanym przesłuchaniu. „Kozak” załadował przygotowane do przewozu w oznakowanym worku pieniądze do swojego worka, uzupełniając zdobycz o bieżący utarg kasowy, poczym pokwitował rekwizycję „wszystkiej” gotówki w kasie na rzecz Armii Krajowej.

     W ręce partyzantów wpadła kwota 50 tys.  złotych emisyjnych. Wychodząc osobno, opuścili oni barak stacyjny i spotkali się na wyznaczonym miejscu za zabudowaniami stacyjnymi. Odtąd już wspólnie wycofali się w kierunku Zarzekowic i Koćmierzowa, a następnie czekającą, łodzią przeprawili się przez Wisłę.

REKWIZYCJA W SKLEPIE W TARNOBRZEGU

W ramach planu zaopatrzenia na zimę należało także zdobyć materiały ubraniowe. Kilka dni po akcji w Sandomierzu następne zadanie otrzymali Janusz Szczerbatko „Zygfryd”, Stanisław Duma „Topola”, Kazimierz Krobath „Niedźwiedź”, Feliks Wryk „Dąb” oraz Władysław Kasak z Trześni i jeszcze jeden niezapamiętany z nazwiska żołnierz z tej miejscowości.

     Celem ich akcji był Tarnobrzeg a dokładnie sklep „tylko dla Niemców” (obecnie plac Bartosza Głowackiego nr 20) skąd partyzanci mieli zabrać materiały ubraniowe. Uzbrojeni w pistolet maszynowy, cztery pi­stolety i pięć granatów chłopcy wybrali się rankiem pieszo z Sandomierza, idąc wałem wiślanym i prowadząc jeden rower. Większość z nich znała doskonale Tarnobrzeg, co pozwoliło na opracowanie szczegółowego planu działania. Kasak zarekwirował w Sielcu u chłopów dwie furmanki, które następnie ukrył w umówionym miejscu w przyległym do miasta lesie zwanym Zwierzyniec. „Niedźwiedź” poszedł po dorożki i przyprowadził je pod sklep, obejmując jednocześnie funkcję ubezpieczenia z zewnątrz. „Topola” i „Zygfryd” weszli do sklepu na krótko przed jego zamknięciem, kiedy w nim nie było już klientów. Sprzedawczynie, Polki, początkowo wystraszone potem gorliwie wspomagały radą przy wyborze oraz przy pakowaniu towaru. Zabrano sukna, swetry, bieliznę i tym podobne artykuły. Po przeniesieniu ładunku na dorożki i pokwitowaniu przez „Zygfryda” jego rekwizycji, konwój pojechał w stronę Zwierzyńca. Sprzedawczynie otrzymały przy tej okazji pewną ilość wybranego, a pokwitowanego przez partyzantów towaru na ich własne potrzeby.

     „Zygfryd” odczekał jakieś pół godziny i kiedy przez ten czas nie usłyszał strzałów uznał, że towar dojechał bezpiecznie i bez przeszkód do oczekujących w lesie furmanek. Siadł wówczas na rower i pojechał zająć się następnym punktem planu – zorganizowaniem przygotowanej już wstępnie, umówionej przeprawy przez Wisłę. Zjeżdżając w dół stromą uliczką ku rzece napotkał trzyosobowy patrol niemiecki, który chciał go zatrzymać, ale partyzant oddał do Niemców kilka strzałów szczęśliwie dojechał w bezpieczne miejsce.

     W okolicy wsi Sielec skrzyknął rybaków – przewoźników, a gdy po około dwóch godzinach nadjechały furmanki, zdobycz została przerzucona na łodzie i kilkoma nawrotami przewieziona na drugi brzeg. Usługa za przewóz została opłacona zdobycznym towarem. Po pierwszym przewozie „Zygfryd” pojechał na rowerze do pobliskiego majątku po następne dwa wozy, którymi towar został dostarczony kolejnej nocy do dość odległej wsi Gołębiów i złożony u Mieczysława Gajewskiego „Mieczyk”.

REKWIZYCJA W SKLEPIE W SANDOMIERZU

Niedługo później Szczerbatko Janusz „Zygfryd” i Duma Stanisław "Topola" jako znający doskonale Sandomierz oraz Stawiarz Edward "Sęp", Świercz Arkadiusz "Iskra" i Mazgaj Marian "Kozak" otrzymali kolejne zadanie rekwizycji w tym mieście, w sklepie zastrzeżonym tylko dla Niemców. W majątku w Kobiernikach zarekwirowali na czas akcji trzy dworskie wozy i podjechali nimi pod sklep w rynku.

      „Zygfryd”, jako niespalony w Sandomierzu, stał na ubezpieczeniu. „Topola” zaś wraz z „Iskrą” wszedł do sklepu w chwili gdy nie było w nim klientów i wylegitymowawszy się pistoletem kazał wywiesić na drzwiach tabliczkę z napisem „zamknięte”. Polscy sprzedawcy pomagali z całą energią partyzantom pakować towar. W międzyczasie przechodzący naprzeciw siebie ulicą dwaj żandarmi spotkali się blisko wejścia do sklepu i zatrzymawszy się zaczęli rozmowę. W trakcie ich pogawędki drzwi sklepu otwarły się i chłopcy zaczęli wynosić na plecach wory ze zdobyczą. Gdy „Iskra” poślizgnął się, starając się z trudem utrzymać równowagę, jeden z żandarmów podbiegł i pomógł mu ją odzyskać. Widząc to „Zygfryd” już rozpiął kurtkę dla łatwiejszego wyjęcia schowanego pod nią pistoletu maszynowego, gdy nieświadom okoliczności żandarm zwrócił się do „Iskry” z przyjazną radą aby bardziej uważał, ponieważ udeptany i mokry śnieg jest bardzo śliski. Żandarmi zaraz się rozeszli, a partyzanci szybko zakończyli załadunek.

     Załadowane wozy bez pośpiechu odjechały, aby następnie wjechać w wąwóz Królowej Jadwigi. Po pewnym czasie w mieście ogłoszono alarm, ale Niemcy szukający „bandytów” nie zdawali sobie sprawy, że wozy ze zdobyczą utknęły o kilometr dalej w zaspie w wąwozie. Dopiero po trzech godzinach sprowadzone dodatkowo konie umożliwiły wydostanie się z pułapki. To długie wyczekiwanie wymagało specjalnego ubezpieczenia się na wypadek pościgu i zapobieżenia ewentualnemu donosowi przez przypadkowego szpicla. Trzeba było kilku przechodniów zebrać w grupkę i ich pilnować. Ci ludzie nie mogli się powstrzymać od radosnych uwag na temat partyzanckiej akcji i od okazania im serdeczności. Gdy potem trzeba było pomagać przy wydostaniu się z zaspy, pracowali nie szczędząc sił.

WYROKI NA ZDRAJCACH

Zimą 1943 roku Szczerbatko Janusz „Zygfryd”, Duma Stanisław "Topola" i Eugeniusz Winiarz „Zawada” otrzymali rozkaz wykonania wyroku śmierci na agencie niemieckim mieszkającym w parterowym domku w dzielnicy Sandomierza Nadbrzeziu, w pobliżu portu rzecznego. Szczegółowych informacji co do osoby szpicla, jego mieszkania, a w ostatniej chwili o obecności w domu dostarczył wywiad. Trzej partyzanci bez problemów dostali się do domu zdrajcy i aresztowali go. Po przeszukaniu mieszkania zabrano też plik podejrzanych papierów. Zdrajcę odprowadzono nad Wisłę i tam zlikwidowano, a ciało zepchnięto do rzeki.

     Niedługo potem Aleksander Stachurski „Olek”, Szczerbatko Janusz „Zygfryd” i Duma Stanisław "Topola" otrzymali rozkaz wykonać wyrok na innym agencie, na folksdojczce mieszkającej przy ulicy Żydowskiej, w murowanym domu. Na miejsce akcji partyzanci dostali się od strony Podwala. „Olek” pozostał na zewnątrz, a pozostali weszli na piętro. Kobieta odpowiadała m.in. za wydanie, między innymi Kazimierza Żaka. Po odczytaniu wyroku śmierci została zlikwidowana.

Rozbrojenie w Samborcu - grudzień 1943 r.

Niniejsza akcja rozpoczęła się od wizyty okupantów w miejscowym młynie. Sprawność organizacji sprawiła, że wiadomość o tym natychmiast dotarła do dowódców konspiracji, którzy postanowili rozbroić intruzów. 

W połowie grudnia 1943 roku kapitan „Kaktus” znajdował się, korzystając z gościnności przybyłego tu z Poznańskiego inżyniera Waleriana Stachury, w jego mieszkaniu wynajmowanym u gospodarza Lewandowskiego w Samborcu.  Kapitan Struś posługiwał się wówczas fałszywymi dokumentami na nazwisko Franciszka Wilczyńskiego, księgowego w młynie Misiudy. Młynarz Jan Misiuda piastował w urzędzie gminy w Samborcu stanowisko wójta. On to właśnie wystawił „Kaktusowi” lewe papiery, umożliwiając przez to swobodne poruszanie się po okolicy i pobliskim Sandomierzu. Tamtego dnia zaufany pracownik młyna przyniósł mu informację, że   właśnie przyjechało tam czworo Niemców samochodem osobowym i obecnie biesiadują u młynarza. U „Kaktusa” bawili w tym czasie „Miś” oraz Józef Bojanowski „Walter”.

     „Walter” udał się do bliskiej Wielogóry, gdzie kwaterowała akurat „Lotna”, i przyniósł rozkaz Witolda Józefowski „Miś”, który nakazywał rozbroić Niemców bez rozlewu krwi. Stefan Franaszczuk "Tarzan" wydzielił z grupy pięciu partyzantów do przeprowadzenia akcji. Byli to:  Osmelak Jan "Straceniec", Mazgaj Marian "Kozak", Świercz Arkadiusz "Iskra", Stawiarz Edward "Sęp" i Włodzimierz Gruszczyński „Jach”.

     „Walter” doprowadził całą piątkę w okolice młyna, ale sam w obawie przed dekonspiracją nie brał udziału w dalszych działaniach.

     „Iskra” i „Sęp” stanęli na zewnętrznym ubezpieczeniu domu. Pozostali partyzanci weszli do jadalni w której poza gospodarzami przebywali: obersturmfürer Otto Schultz  z Opatowa szef miejscowy SD  wraz z jego kierowcą, tłumaczem i ochroną osobistą w jednej osobie: Ryszard Gospodar – ubierał się po cywilnemu, ale za swoją działalność ciążył już na nim wyrok śmierci o czym nie wiedzieli partyzanci. Razem z nimi utajony gestapowiec Szymański oraz kobieta w średnim wieku. Cała czwórka na widok partyzanckiej broni posłusznie podniosła ręce do góry, jedynie Gospodar sięgał po broń, a widząc to „Straceniec” strzelił do niego, ale tak, aby nie zabić.

     W dalszej kolejności „Jach” zajął się pilnowaniem rozbrojonych, a „Kozak” wraz ze „Straceńcem” przeprowadzili rewizję i zabrali znalezioną w pokoju broń (pistolet maszynowy oraz cztery pistolety). Po zakończeniu akcji partyzanci uszkodzili samochód, którym przyjechali Niemcy i odeszli polami w kierunku Śmiechowic.

     Niemcy w odwecie za ranienie ich człowieka dokonali zemsty. Zapewne następnego dnia z więzienia w Ostrowcu Św. Przywieziono dziesięć osób, które zostały publicznie rozstrzelane przed budynkiem szkoły w Samborcu.

Zamordowano następujące osoby:

Chamera Władysław s. Jana

Broniewski Stefan s. Lucjana

Mozal Antoni s. Stanisława

Lepiarz Antoni s. Stanisława

Bzymek Marian s. Franciszka

Kosiak Mieczysław s. Wincentego

Kosiak Wacław s. Wincentego

Bucior Mieczysław s. Antoniego

     Rozstrzelonych zakładników gestapowcy polecili sołtysowi i mieszkańcom Samborca pogrzebać za wsią przy figurze Matki Boskiej na polu gospodarza Gorczyka. Po kilku dniach rodziny straconych zakładników, dowiedziawszy się o miejscu pochówku swoich bliskich, przyjechali, nocą odkopali zwłoki i zabrali do swoich rodzinnych stron (dwa ciała pozostały i prawdopodobnie zostały pochowane po wojnie na cmentarzu w  Samborcu wersja niesprawdzona).

Święta Bożego Narodzenia

W związku z nadchodzącymi świętami Bożego Narodzenia część partyzantów została urlopowana. Dla tych którzy z różnych powodów nie mieli gdzie iść zorganizowano oddziałową Wigilię. Aby nie obciążać kosztami gospodarzy przeprowadzono kilka akcji aprowizacyjnych.  

MLECZARNIA W WILCZYCACH

Pierwszą akcję przeprowadzono na mleczarnię w Wilczycach. „Żbik” (NN), który stamtąd właśnie pochodził, został wysłany na rozpoznanie. W dzień po nim wyruszyło ośmiu partyzantów: Stefan Franaszczuk "Tarzan", Osmelak Jan "Straceniec", Mazgaj Marian "Kozak", Świercz Arkadiusz "Iskra", Szczerbatko Janusz „Zygfryd”, Dudek Henryk "Śmigły", Stawiarz Edward "Sęp" i Włodzimierz Gruszczyński „Jach”.

     Dużym dworskim wozem zarekwirowanym w majątku Jachimowice grupa wyjechała na akcję. Padał śnieg z deszczem, a do tego na jednej z rozpadlin uszkodziło się koło. W kolejnej wiosce partyzanci uzyskali pomoc. Sołtys zobowiązał się odstawić uszkodzony wóz do majątku w Jachimowicach, a partyzanci dostali on niego sanki z zaprzęgiem. Któryś z wyznaczonych przez niego gospodarzy udostępnił drugie.

     Jeszcze w nocy dotarli do wsi w sąsiedztwie Wilczyc. Prawdopodobnie były to Tułkowice gdzie zatrzymano się aby przetrwać w ukryciu dzień. Jedynie „Żbik” udał się na rozpoznanie.

     Wieczór zapadł już na dobre kiedy do, oczekujących pod Wilczycami partyzantów, powrócił „Żbik”, przekazując potrzebne informacje. Okazało się, że, jak przewidywano, w Wilczycach jest posterunek policji granatowej, lecz w znacznym oddaleniu od mleczarni oraz, że za dnia wywieziono masło, cel wyprawy, do Sandomierza. W mleczarni natomiast znajduje się tylko śmietana. Szef podjął decyzję aby pracownicy mleczarni robili masło. „Straceniec” poszedł ze skrywającym się „Żbikiem”, który chciał uniknąć w swojej wsi dekonspiracji, budzić pracowników mleczarni. Pozostali partyzanci zajęli stanowiska na ubezpieczeniu, a „Tarzan” i „Jach”  poszli do mieszkania kierownika mleczarni, Niemca. Ten bez ociągania się, a nawet nadskakująco spełniał wszystkie polecenia z przymilnym uśmiechem. Do mleczarni zostali wprowadzeni pracownicy obsługi pod pistoletami, dla zachowania pozorów przed szwabem. Masła istotnie nie było, ale śmietana czekała na jutrzejszy przerób. Trzeba było odczekać sporo czasu potrzebnego na jej podgrzanie nim przystąpiono do wyrobu masła.

     Robotnicy otrzymali po dwukilogramowej kostce masła, a Niemiec ostrzeżenie, że jeśli każe robotnikom płacić za otrzymane masło lub je zwrócić albo zastosuje jakiekolwiek represje, zostanie zastrzelony.

CUKIER Z OSIEKA

Koleją akcję przeprowadzono w Osieku, a jej celem było zdobycie cukru. Potrzebny był na przedświąteczne zaopatrzenie oddziału oraz dla okolicznych rodzin, które popadły w szczególną biedę na skutek wojny. W Osieku mieścił się wówczas posterunek policji granatowej, a więc zagrożenie praktycznie nie występowało. Pomimo to nawet, że niemal w bezpośredniej bliskości sklepu Stefana i Stanisławy Dobrowolskich przy rynku znajdowała się siedziba posterunku. Dobrowolscy prowadzili sprzedaż cukru w ramach reglamentacji, na kartki, z przydziału władz okupacyjnych. Była to sprzedaż komisowa. Dobrowolscy prosili tylko o pokwitowanie i o świadków rekwizycji. Pokwitowanie otrzymali na nieco większą ilość niż została zabrana, a świadkami byli sprowadzeni z sąsiednich domów dwaj mężczyźni; jednym z nich był właściciel knajpki Jagło.

ŚWIĘTA

Na kilka dni przed świętami Bożego Narodzenia zjawił się w oddziale kapitan „Kaktus” z zamiarem zwerbowania kilku partyzantów pochodzących z Sandomierza do egzekutywy tworzonego właśnie Kierownictwa Walki Podziemnej (KWP). Chodziło o obytych już w partyzanckich działaniach żołnierzy. Teraz zgłosili się na ochotnika Duma Stanisław "Topola", Szczerbatko Janusz „Zygfryd”  i Giecewicz Kazimierz „Mat”.

     Pozostali partyzanci zasiedli do wspólnej wieczerzy, która urządzono ją w na kwaterze w Skwirzowej w domu Mieczysława Kosterskiego.

Lipnik, akcje na autobus - 8 stycznia 1944 r.

7 stycznia do Bystrojowic, gdzie u pana Bielawskiego kwaterował oddział dotarła łączniczka komendy obwodu z poleceniem przeprowadzenia następnego dnia kolejnej akcji. 

Rano, po śniadaniu, „Tarzan” zapowiedział akcję, której celem było rozbrojenie żołnierzy niemieckich mających jechać 8 stycznia 1944 r. w południe autobusem publicznej komunikacji z Sandomierza do Opatowa. Na miejsce wypadu wybrano miejscowość Lipnik, dokąd autobus powinien przyjechać według rozkładu o godzinie 12:10. Jak zwykle przy rozbrajaniu zadaniu temu towarzyszył zakaz rozlewu krwi. Z danych wywiadu wynikało, że będzie jechało 12-tu Niemców, w tym jedenastu żołnierzy z oficerem oraz jakiś mundurowy osobnik przewożący przy okazji tej eskorty kasę. Żołnierze będą uzbrojeni w karabiny, a kasjer w pistolet maszynowy.

     Do wykonania akcji wyznaczono patrol w składzie: ppor. Podolecki Stanisław"Ryś"jako dowódca, Osmelak Jan "Straceniec", Szeląg Bolesław "Błyskawica", Włodzimierz Gruszczyński „Jach” oraz Stawiarz Edward "Sęp" jako woźnica. Partyzanci wzięli podwodę z majątku Usarzów i przez Gołębiów, Żurawniki dojechali do wsi Lipnik od strony dworu. Podwoda została zostawiona około 200 metrów od szosy na podwórzu Władysława Nowaka, wrota zostały przymknięte i przy nich został „Sęp”. Pozostali partyzanci udali się na miejsce akcji przypominając sobie po drodze podział zadań.

     Na autobus oczekiwała dosyć znaczna grupa ludzi. Po przyjeździe auta jeden z Niemców, siedzący obok kierowcy, postanowił nie wpuścić do środka oczekujących aby  niemieccy żołnierze mieli lepsze warunki. Stojąc na schodach wykrzykiwał coś po niemiecku na co „Błyskawica” schwycił go za lufę pistolet maszynowego przewieszonego rzez ramię. Okazało się jednak, że rozbrojenia Niemca nie było łatwe i obaj przez dłuższy czas tkwili w zapaśniczym uścisku.

     Widząc to Straceniec i „Jach” zastraszyli przebywających w autobusie Niemców stukając w zamarznięte okna lufami pistoletów. Cywile oczekujący na autobus natychmiast uciekli. „Błyskawica” zdając sobie sprawę, że szybciej słabnie niż Niemiec wyszarpał swój pistolet i strzelił do niego raniąc go w lewą pierś. Ranny osunął się wpadając w ramiona „Błyskawicy”, który wyciągnął go z drzwi autobusu. Przejął go „Jach” który oparł rannego o maskę samochodu.

     Po szarpaninie do środka samochodu wszedł „Straceniec” terroryzując przebywających tam żołnierzy. Po chwili dołączył do niego „Jach”, który znając język niemiecki miał za zadanie przemówić do pojmanych. Ci nie reagowali na jego polecenie wyjścia z auta i dopiero przystawienie pistoletu do głowy oficera skłoniło ich do działania.

     Po wyprowadzeniu jeńców z auta „Ryś” z „Błyskawicą” zabrali im broń i oporządzenie. W zasadzie Niemcy rzucali karabiny oraz pasy z ładownicami i bagnetami. Jeden z karabinów wypalił i trafił stojącego w szeregu Niemca, raniąc go w lewe ramię. Po rozbrojeniu Niemcy zostali umieszczeni wraz z rannymi w pojeździe i odjechali w kierunku Opatowa. Prawdopodobnie raniony przez „Błyskawicę” Niemiec zmarł.

     Partyzanci zabrali zdobycz w postaci jedenastu karabinów, tyleż pasów z ładownicami i bagnetami, jeden pistolet boczny, jeden pistolet maszynowy i kasę z pieniędzmi. Wracając do sań wstąpili do urzędu gminy i zerwali przewody telefoniczne aby uniemożliwić alarmowanie, jeśli tego dotychczas nie uczyniono.

     W drodze powrotnej patrol ominął dwór i pojechał ku Słabuszowicom – Wesołówce, gdzie u gospodarza Adamczyka i sąsiadów czekała pozostała część oddziału. Po sprawozdaniu złozonym „Misiowi” ten uznał, że „Błyskawica” – pomim zakazu, miał prawo w tych okolicznościach użyć broni.

     12 stycznia 1944 r. nastąpił epilog akcji. Niemcy przywieźli dwudziestu Polaków i rozstrzelali ich przy budynku szkoły w Lipniku. Ciała rozstrzelanych zakładników - zostały pogrzebane na pobliskim cmentarzu.